Wczoraj napisałem, że Indica jest solidnie zmontowana. Mój optymizm okazał się nadmierny – dziś już coś odpadło. :-)

Mojej kilkudniowej przygodzie z Tatą Indica towarzyszyły różne niespodzianki, ale samochód jak dotąd nie ulegał automatycznemu demontażowi. Do dzisiaj. Rano z pedału gazu odpadła elastyczna nakładka…

Pora się rozejrzeć
Skoro pojawił się pierwszy symptom “erozji” wnętrza, postanowiłem dokładniej przyjrzeć się jego detalom w poszukiwaniu oznak zapowiadających odpadnięcie tego czy owego. Okazało się, że wcale nie trzeba szukać długo. Pierwszy podejrzany element miałem tuż pod dłonią, widocznie nie przyglądałem mu się dość dokładnie. Oto i on:

Przełącznik świateł z malutkim, trudnym do wykrycia, za to supertandetnym włącznikiem świateł przeciwmgłowych. Nie dość, że trudno go obsłużyć – wymagane zręczne palce i wcześniejszy trening na postoju – to jeszcze działa tak, jakby niebawem miał przestać. Wyłączanie świateł oznacza konieczność długiego przytrzymania filigranowego pokrętełka w wymuszonym położeniu, nie bardzo wiadomo dlaczego.

Wnętrze się „rozszczelnia”?
Rozglądam się dalej. Pominąłem klapę schowka, którą otacza wielka szpara, ale że po otwarciu są tam bardzo praktyczne wgłębienia na napoje, dałem jej spokój. Wtedy mój wzrok powędrował na podsufitkę, gdzie bez trudu zlokalizowałem kolejną niedoróbkę – odstający plastik panelu słupka drzwi:

Odstaje na tyle wyraźnie, że raczej lepiej nie będzie. Ktoś zapyta, czy to komuś przeszkadza… Nawet, jeżeli nie bezpośrednio, to takie pozornie niegroźne detale powodują, że jakość odczuwalna spada o kilka pięter niżej. Tata, zwróć na nie większą uwagę!