Naukowcy od lat wytężają mysły by wynaleźć maszynę czasu. Tymczasem technologia jest już znana, a od niedawna można ją nawet kupić. Nazywa się Tata.

Swoją motoryzacyjną przygodę zaczynałem od żółtej Syreny 105. Potem nadjechał zielony Wartburg, oczywiście dwusuwowy. Było to dawno i szczerze mówiąc nie sądziłem, że jakiemuś wytwórcy uda się kiedykolwiek wskrzesić ducha tamtych czasów. Było, minęło, albo – jak mówią nasi południowi sąsiedzi – to se nevrati. Tymczasem dostałem kluczyki do Taty Indica. Wsiadłem do niej i zobaczyłem… to:

Plastikowe, kanciaste pudełko, w którym umieszczono zestaw wskaźników. Wrażenia gdzieś między kokpitem Tarpana Honkera a Wartburgiem. Ale na szczęście dotyczy to głównie obudowy zegarów, bo reszta jest już lepsza, choć przyznaję, że dziwna.

Z Pozycji Pilota
Na wielkim fotelu z bardzo wysokim oparciem siedzi się bardzo wysoko. Głowę mam tuż pod sufitem, ale mam do niego bezpieczny zapas. Temat bezpieczeństwa jest delikatny. A przynajmniej tak sugerują drzwi, które są bardzo cienkie, a ich lekkość podpowiada, że konstrukcja zbyt solidną nie jest. Ale poczekajmy, aż Euro NCAP przetestuje Tatę.
Odsuwam fotel, by jakoś zmieścić nogi. Przesunął się o parę centymetrów – i koniec! Bokiem nie usiądę, bo nie zamknę drzwi. Po chwili gimnastyki udaje mi się wgramolić za kierownicę. Być może istnieje auto z ciaśniejszym kokpitem, ale ja nic o nim nie wiem.

Cztery szyby elektryczne – niezły wypas – ale lusterka regulowane ręcznie. Widocznie producent zakłada, że Indica będzie autem „osobistym”, a właściciel nikogo poza sobą nie dopuści za kierownicę. Naokoło panelu z przyciskami szyb – plastikowa imitacja aluminium, którego fakturę wystylizowano na włókna węglowe, zwane popularnie karbonem. Prawie jak w niektórych Mercedesach…

Czas Odpalić Brykę!
Przekręcam kluczyk w stacyjce. Rozlega się przeraźliwy „piszczyk” ostrzegający o niezapięciu pasów. Nagle jego głos się urywa, zupełnie niespodziewanie, w połowie „frazy”. Może go nagram, spokojnie może pretendować do kultowego sygnału dzwonka telefonicznego.
Ale nastał ten właściwy moment. Kluczyk w pozycji START, rozrusznik dość długo kręci, zanim silnik zaskoczy. W kabinie rozlega się niczym nie zmącony, dieslowski klekot. Taki, jaki słyszałem mniej więcej piętnaście lat temu. Nie, nie będę się dziś nudził!

Mobilna Akademia Techniczna
Dla fanów techniki, którzy widzieli kiedyś rozebrany silnik i znają zasadę jego działania, podróż Indicą będzie niezapomnianym przeżyciem i świetną praktyką wyobraźni. Otóż w Tacie usłyszy każdą ruchomą część. Tak wyraźnie, jakby trzymał silnik w rękach!
Po dodaniu gazu na wolnych obrotach najpierw kabina wpada w drgania tak silne, jak w dostawczym Lublinie, którego dieslowski napęd – jak wieść niesie – miał kiedyś pracować w ciężarówce. Ale los zadecydował inaczej i ważąca trzysta kilogramów bestia trafia pod maskę dostawczego blaszaka. Tata wibruje coraz bardziej, aż wskazówka obrotomierza zbliży się do cyfry 20, bo tak oznaczono 2 tysiące obrotów. Wtedy klekot się wzmaga, a jednocześnie pojawia się nowy dźwięk.

Jeżeli płynąłeś (płynęłąś…) kiedyś statkiem po mazurskich jeziorach, to może pamiętasz, jak to wygląda. Najpierw z okolic śruby zaczynają się wydobywać gęstsze kłęby spalin, po czym do głosu dochodzi wielka turbina. Jej świst uzupełnia warkot silnika, a śruba bijąc pianę zaczyna zdecydowanie popychać statek.
Za kierownicą Taty usłyszysz właśnie taką niczym niezakłóconą, piękną w swojej prostocie, maszynerię. Do 3 tysięcy obrotów wibracje maleją, turbo gwiźdźe, a Indica z impetem się rozpędza, by w górnym rejestrze obrotomierza zaatakować ekstra porcją łosktu, wibracji, świstu, gwizdu i mechanicznego klekotu. Poezja!

Zmieniaj Biegi. To Proste?
Kiedy nadeszła pora zmiany biegu, odżyły we mnie wspomnienia. Skoro kiedyś dałem sobie radę z dźwignią Syreny przy kierownicy i lewarkiem Wartburga w podłodze, uznałem że jestem odpowiednio przeszkolony. I szkolenie okazało się owocne! Wielki, wystający z podłogi „lewar” Taty wygląda może solidnie, ale działa zupełnie jak ten z dwusuwowego Wartburga. Tutaj biegów trzeba szukać, a dźwignia ma spory luz i pracuje tak nieprecyzyjnie, jakby ze skrzynią łączyły ją gumowe cięgna. Jest z tym trochę zabawy, ale gwarantuję: da się z tym żyć. Pytanie, gdzie leży granica, powyżej której niedociągnięcia Taty można traktować już nie jako motoryzacyjny folklor, a jako uciążliwe wady. Zapewne to kwestia indywidualna! Tymczasem – jadę dalej.

Pakiet Klimatyzacja
Auto w swoim Wielkim Wypasie ma między innymi klimatyzację. Nastawiłem ją tak, jak zwykle w ciepłe, ale nie upalne dni: nawiew przez dysze kokpitu. ogrzewanie na jedną trzecią, żeby powietrze było chłodne, ale nie mroźne. Nie zdarzyło się jeszcze, by ta metoda się nie sprawdziła. Ale nie w Tacie!
Po kilkunastu minutach jazdy, mimo zimnego nawiewu, zaczęło się robić ciepło. Coraz cieplej. O co chodzi? Oczekując na zielone światło można otworzyć szybę, to trochę rozładowuje sytuację. Ale nie na długo. Kabina podzieliła się na niewidzialne strefy klimatyczne: z dysz leci zimne powietrze, a podłoga jakby stała na piecu. W końcu odkryłem, o co chodzi…
W większości samochodów wentylacja działa tak, by cieplejsze powietrze leciało na nogi, a chłodniejsze na twarz. Regulując temperaturę nawiewu klimatyzacji pokrętłem ogrzewania nieświadomie nastawiłem sobie na nogi ogrzewanie, bo – tego się nie domyśliłem – system wentylacji Taty nie potrafi szczelnie zamknąć nawiewu na stopy. Pozostaje nieszczelność, przez którą – nawet przy włączonej klimatyzacji – bucha żar. Ale nic to: przy pomocy pokazanego na zdjęciu Pakietu Klimatyzacja, zalepiłem te wstrętne nawiewy pod kokpitem i mogłem pozostawić gorącą Tatę na parkingu z nadzieją na lepsze jutro!

A swoją drogą… Instrukcja obsługi samochodu osobowego Syrena 105 zawierała – jak bonus – pakiet proponowanych madyfikacji, które kierowca mógł wykonać we własnym zakresie. Przyspawanie dodatkowego wspornika przekładni kierowniczej, uszycie pokrowca na resor żeby smar nie wysychał – niektóre pozycje były naprawdę przełomowe. Może Tata też powinna o tym pomyśleć?